Magia wody
The magic
of the water

Spis treści:
Żywioły tworzą świat. Cała natura jest symbolicznie podzielona na
żywioły, które przejawiają się w pewien sposób we wszystkim. My, ludzie, w
głównej mierze składamy się z wody, oddychamy powietrzem, nasze ciało jest
materią, a nasze działania są ogniem. Oczywiście jest to duże uproszczenie.
Jako pierwszy podstawowe żywioły określił w V wieku grecki filozof Empedokles.
W starożytnych Chinach Pinyin Wu Xing opisał świat pod względem pięciu podstawowych
jakości: ziemi, metalu, wody, drewna i ognia. W Indiach w III wieku n.e.
Ishvarakrsna wyodrębnił również pięć elementów: powietrze, ogień, wodę, ziemię
i przestrzeń.
Żywioły mają swoich opiekunów, duchy, no i oczywiście swoje właściwości, cechy
charakterystyczne. W magii komunikujemy się z owymi właściwościami, które są w
każdym z nas: wzmacniamy je, odkrywamy, aby osiągnąć określony efekt. Można
komunikować się z żywiołami na wiele sposobów. Jednym z nich jest przywoływanie
opiekuna czy ducha danego żywiołu - jest to pewien rodzaj energii
manifestującej się w konkretnej postaci. Dzięki temu (tej postaci) łatwiej
możemy się z nią komunikować: rozmawiać, radzić się jej, prosić ją o wsparcie,
czy też o wypełnienie naszego ciała, umysłu i ducha określoną jakością.
Możemy też przywoływać wizje, które kojarzą się z danym żywiołem: energii,
światła czy konkretnego obrazu, a następnie pracować z nimi. Kolejnym sposobem
jest odgrywanie roli danego żywiołu poprzez ruch, taniec, śpiew, wzbudzanie w
sobie odczuć charakterystycznych dla danej jakości.
Na siatce bagua woda reprezentuje kierunek północny.
Woda w sztuce Feng Shui ma ogromne znaczenie, gdyż to właśnie ona reprezentuje
bogactwo i obfitość. Istnieją szkoły, które prowadzą oddzielne kursy dotyczące
właśnie tego żywiołu. Wynika to z faktu, że samą wodą, jej odpowiednim
umieszczeniem i poprowadzeniem, można w Feng Shui wiele pomóc, ale i można
zaszkodzić.
Kolory związane z tym żywiołem to: wszelkie odcienie niebieskiego, a dla niektórych
również kolor czarny; z tym, że czerń symbolizuje smutek i depresję.
Kształty związane z żywiołem wody to wszelkiego rodzaju schodki i fale.
Do żywiołu wody należą wszelkie fontanny, rzeki, jeziora, wodospady, akwaria -
wszelkie obiekty stymulujące przepływ wody. Mogą to być także zdjęcia
przedstawiające ocean, morze czy wodospad.
Energia wody płynie w dół i na boki, wypełnia wszelkie puste przestrzenie.
Na wodę niszcząco wpływa energia ziemi - wsysa ją i pozbawia mocy. Osłabiająco
na wodę działa również zbyt wiele energii drzewa, gdyż woda karmi drzewo. Woda
gasi ogień, natomiast mała ilość wody wlana do ognia stworzy parę i moc. Woda
jest tworzona przez metal. Dla żywiołu metalu jest niekorzystna, gdyż powoduje
korozję.
Woda jest żywiołem oczyszczającym, leczącym, psychicznym. Energia tego
elementu jest nam niezbędna do utrzymania dobrego zdrowia i samopoczucia,
ponieważ woda jest żywiołem rządzącym miłością. Podstawową natura elementu
wody jest przepływanie, oczyszczenie, uleczenie, ukojenie, miłość. Miejsca
wody to: jeziora, źródła, strumienie, potoki, stawy, sadzawki, rzeki,
morza, oceany, plaże, studnie, baseny, wanny, prysznice, sypialnie (pod
kątem snu), ośrodki zdrowia, fontanny.
Naturalnymi symbolami s± muszle i wszelkie naczynia z wodą. Kolorem
błękitny. Porą roku jesień. Rodzaje magii podporządkowanej elementowi
wody: morze, lód, śnieg, mgła, lustra, magnesy.
Rytuały tego żywiołu dotycz±: oczyszczenia, miłości, świadomości
psychicznej, snu, marzeń, spokoju, małżeństwa, przyjaźni. Formy rytualne
to rozpuszczanie, umieszczanie w wodzie, wrzucanie do wody, zmywanie,
kąpiele.
Zioła: wodne - lilie wodne, grzybienie, grążele, wodorosty; mięsiste -
sałata, sukulenty; miłosne - róże i gardenie i ogólnie kwiaty
Część rośliny: łodygi i ciężkie, mięsiste liście
Zwierzęta: kot, żaba, żółw, delfin, wieloryb, wydra, foka, mors, uchatki,
w zasadzie wszystkie ryby i skorupiaki
Kamienie: przezroczyste, jak ametyst i błękitne: akwamaryn, błękitny
turmalin
Metal: żywe srebro - rtęć, miedź
Kierunek: zachód
Czas: zmierzch
Narzędzie magiczne: kociołek, kubek, kielich
Trygon wody: Rak, Skorpion, Ryby
Zmysł: smak
Moment w życiu: dojrzałość
Instrumenty muzyczne: cymbały, dzwony, ksylofon, gongi, wszelkie
instrumenty metalowe, rezonujące
Zanurz rękę w wodzie, poczuj jej chłód i płynność, jej delikatny dotyk.
Posłuchaj wody szemrzącej w strumyku czy rzece, spójrz na miękkość i ciszę
wód jeziora. Kiedy bierzesz prysznic słuchaj śpiewu kropli wody i odczuj
ich pieszczotę na skórze. Wizualizuj jak ich energia wnika w Twoje ciało,
oczyszcza Cię z negatywnych emocji, wzmacnia, obdarza radością.
Woda obdarza uczuciowością, intuicją, harmonią, akceptacją, czułością i
opiekuńczością, także umiejętnością adaptacji.
Niedobór wody powoduje ciągłe napięcie, nieumiejętność zrelaksowania się i
wyciszenia.
Nadmiar wody powoduje bierność, lenistwo, melancholię.
Stworzenia
wodne
Opiekunem jest
Niksa - postać płynna, zbudowana z zielononiebieskiej aury, upstrzona srebrnymi
smugami i szarymi mchami.
Istotami związanymi z wodą są rusałki,
nimfy wodne.
Gdyby
o wschodzie księżyca jakiś wędrowiec znalazł się nad leśnym jeziorkiem i
przezornie skrył za drzewami, mógłby ujrzeć piękną jak sen, tańczącą
dziewczynę. Chwilami mogłoby mu się zdawać, że tancerka pląsa po powierzchni
wody, choć porusza się bezszelestnie, a tafla leśnego jeziorka jest nieruchoma,
jak gdyby wiatr zasnął ukołysany dźwiękami dziwnej muzyki dobiegającej z
oddali. Przez jakiś czas mógłby próbować zgadnąć, skąd pochodzi i co tu robi o
tak późnej porze, może nawet miałby ochotę ją o to zapytać - ale prędzej czy
później zrozumiałby na pewno, że tancerka nie pochodzi z tego świata i że nie
da się nawiązać z nią rozmowy. Zapewne więc cofnąłby się czym prędzej w zarośla
i odwrócił wzrok, aby nie narazić się tajemnym mocom...
I stałoby się tak niezależnie od narodowości wędrowca i miejsca akcji. Bo i
starożytni Grecy, i Rzymianie, i mieszkańcy Indii, i Celtowie - wszyscy dobrze
wiedzieli o nadprzyrodzonego pochodzenia istotach płci żeńskiej, powiązanych z
przyrodą bardziej niż jakiekolwiek inne baśniowe stwory. Większość widziała je
jako zwiewne dziewczątka, inni wyobrażali je sobie jako pomarszczone staruszki
- a może mogły ukazywać się śmiertelnikom w różnych formach? Prześledźmy
opowieści o nich i opisy wędrowców, którym udało się powrócić znad leśnych
jeziorek. Prześledźmy i porównajmy, a może uda nam się uporządkować choć trochę
wiedzę o tych stworzeniach.
W starożytnej Grecji władzę nad nimi sprawowała bogini opiekująca się światem
natury - Demeter, przedstawicielka starszego pokolenia bogów, której córką - o
ich rozłące opowiada jeden z najbardziej znanych greckich mitów - była żona
Hadesa, Kora (co po grecku znaczy po prostu - dziewczyna). Zapomnijmy jednak na
chwilę o obrazie, którym jawi się nam w wyobraźni, gdy słyszymy imię tej bogini
- obrazie zmęczonej podróżą, przepojonej boleścią matki. Spójrzmy na nią jako
potężną, bo rządzącą przyrodą władczynię. Demeter, choć jest bóstwem
chtonicznym, nie uosabia ziemi - to funkcja Gai - ani nie opiekuje się
płodnością kobiet, co jest częstą cechą żeńskich bóstw natury. To bogini bliska
ludziom, ich trudom i radościom, ale jednocześnie tajemnicza - do dziś nie jest
znany przebieg misteriów eleuzyńskich, poświęconych w całości jej kultowi. A
prócz Kory-Persefony miała jeszcze inne dzieci: z Posejdonem - Arejona i
Despojnę, czyli Panią, a z Iasjonem - Plutosa, boga obfitości.
Jako władczyni lasów, łąk i pól musiała być nierozerwalnie związana z nimfami -
jedna z nich, Kyane, pojawia się w micie o porwaniu Kory: nie mogąc zapobiec
zamiarom Hadesa, po utracie przyjaciółki dosłownie rozpływa się we łzach i
tworzy potok nazwany później jej imieniem. Jej sióstr było wiele - lubiący
porządek kapłani i bajarze podzielili je na wiele odłamów w zależności od
miejsca zamieszkania, specjalizacji lub pozycji w wielkim drzewie
genealogicznym niebian; bo choć greckie nimfy rzadko przekraczały próg Olimpu,
bliżej im było do wielkiej, kapryśnej i krzykliwej rodziny Olimpijczyków niż do
wątłych śmiertelników. Te najbardziej pospolite z bóstw, ale jednak bóstwa,
zaludniały tłumnie orszak Artemidy, towarzyszyły Afrodycie na Cyprze, na
wyżynach olimpijskich służyły Herze - słowem, były nieodłącznymi towarzyszkami
bogiń. Najczęściej jednak wolały ziemię, z którą były nierozerwalnie związane.
Rzadko widywali je śmiertelnicy, ale było ich tak wiele, że aby je uszeregować
- stworzono swego rodzaju systematykę.
Były więc driady - czasem nazwy tej używa się w stosunku do wszystkich nimf -
czyli mieszkanki lasów, nierzadko kompanionki Artemidy; czasem nazywane są
również alseidami od alsos - świętego lasu. W borach mieszkały także ich
krewne, hamadriady, z których każda związana była z jednym tylko drzewem -
rodziła się i rosła wraz z nim i umierała natychmiast, gdy je ścięto. Dla
starożytnych twórców mitów musiało to stanowić wdzięczny motyw: pojawia się w
historii o nimfie Chrysopelei, której dąb zagrożony był zagładą ze strony
rwącego potoku biegnącego nieopodal. Myśliwy Arkas na błagania boginki własnym
staraniem zmienił bieg wody - Chrysopelea zaś z wdzięczności oddała mu się za
żonę, dając początek szczepowi arkadyjskiemu. Inaczej dzieje się w micie o
Rojkosie, który powstrzymując upadek starego dębu ratuje życie kilku naraz
hamadriad - przedtem jednak przezornie wymógł od nich obietnicę, że podzielą z
nim łoże. Driadą była także Dafne, w której zakochał się Apollo - ona jednak,
nie odwzajemniając jego miłości, poprosiła Gaję, swą matkę, by zamieniła ją w
drzewo laurowe (daphne - gr. laur). Mit ten tłumaczy, dlaczego bóg poezji tak
lubił wawrzyny (pięknemu synowi Leto często zdarzało się zapałać miłością do
nimfy - czego przykładem zamieniona w źródełko Kastalia). Inną wartą
wymienienia członkinią tej leśnej czeredy była sama Eurydike, żona sławnego
króla Tracji - muzyka Orfeusza.
Najady, nimfy zamieszkujące wodne przestworza - morza i rzeki - stanowią nie
mniej liczną grupę niż ich leśne siostry. Wiele z nich to mnogie córki
najstarszego z tytanów, Okeanosa, uosabiającego rzekę opływającą wokół całą
ziemię, lub morskiego starca Nereusa. Dwaj ci ojcowie mieli według mitografów
każdy od pięćdziesięciu do stu cór (istnieją cztery spisy imion nereid, które
razem tworzą listę liczącą sobie niebagatelną sumę siedemdziesięciu siedmiu
pozycji), zrodzonych z siostry i zarazem żony Okeanosa - tytanidy Tethys i żony
Nereusa, a córki niezmordowanego Okeana - Doris. Nereidą była żona śmiertelnika
Peleusa, a matka Achillesa - Tetyda, w której, gdy była panną, kochali się Zeus
i Posejdon. Bóg mórz pocieszył się zresztą wzajemną miłością do siostry swej
pierwszej wybranki - pięknej Amfitryty. Inna znów córka morskiego starca -
Galatea, imienniczka ożywionej rzeźby Pygmaliona, króla Cypru - wzbudziła
miłość w sercu szpetnego cyklopa Polifema. Psamate, żona Ajakosa oraz Melite -
kochanka Heraklesa i matka Hyllasa - także są nereidami. Ze znaczących okeanid
warto wymienić Styks, uosabiającą słynną rzekę płynącą w podziemiach Hadesu i
Eurynome, bardzo ciekawą, a stosunkowo mało znaną postać: wedle mitu wraz ze
swym kochankiem Ofionem rządziła ona światem, zanim po berło sięgnął Kronos.
Zachował się posąg Eurynome, przedstawiający ją w postaci pół-kobiety,
pół-ryby, co jest tym ciekawsze, że greckie syreny wyglądały zupełnie inaczej.
Są także oready, nimfy górskie, i lejmoniady, boginki zamieszkujące kwietne
łąki - oraz szereg nadprzyrodzonych żeńskich istot, o których nie wiemy, czy są
nimfami - pewne jest wszakże, że nie są śmiertelniczkami ani też nie zaliczają
się do ścisłego panteonu Olimpian. Są też bóstwa, które pełnią stałe funkcje
związane nierozerwalnie ze światem natury, a nimfami zdecydowanie nie będące,
jak Eos - różanopalca pani poranka, Selene - uosabiana czasem z Artemidą bogini
księżyca lub Iryda, służka Hery, rozwieszająca na niebie tęczę. Nie można już
jednak mieć pewności na przykład co do Kalypso, zakochanej w Odyseuszu
czarownej mieszkanki wyspy Ogygii, która w przekładzie Parandowskiego nazywana
jest arcyboską; Homer wkłada w usta herosa słowa: wiem ci ja sam zbyt dobrze,
jak dalece mądra Penelopa jest przy tobie pośledniejsza urodą i wielkością,
jest bowiem śmiertelna, a ty nieśmiertelna i wiecznie młoda - a jednak tęsknię
przez wszystkie dni i pragnę pójść do domu i oglądać dzień swego powrotu.
A
skoro już jesteśmy przy Odyseuszu, zatrzymajmy się przy greckich syrenach, o
których była już mowa przy okazji posągu Eurynome. Otóż syreny, które stworzyła
wyobraźnia Hellenów, wcale nie przypominały owej statuy - i choć powiązane z
wodą, z wyglądu nie przypominały ryb pod żadnym względem. Obdarzone były za to
skrzydłami, które umożliwiały im lot, i innymi częściami ptasiej anatomii -
trudno więc powiedzieć coś bliższego o ich urodzie, wiadomo jednak, że o ich
uroku stanowiły przede wszystkim cudowne głosy. Odyseusz, który minął ich
skałę, ocalenie zawdzięczał jedynie swej przemyślności: wiosłującym towarzyszom
zatkał uszy woskiem, sam zaś kazał się uprzednio przywiązać do masztu, ciekaw
czarownej syreniej muzyki.
Wypadałoby także wspomnieć o menadach, uroczych półdzikich stworzeniach
towarzyszącym orszakowi Dionizosa. Nie należy utożsamiać ich z bachantkami, które
wywodziły się w większości spośród ludzkich kobiet, jak Agaue, matka Penteusa -
wśród menad nie było mężczyzn, a ich pochodzenie było nadprzyrodzone. W
mistycznym szale śpiewały pieśni na cześć boga wina i młodości i swawoliły z
dzikimi zwierzętami, nad którymi miały magiczną władzę. Przedstawia się je
czasem z małymi drapieżników, zwykle w bardzo skąpych szatach i dziwnych
pozycjach, co ma wynikać z ich nieprzerwanego pijaństwa. Trudno powiedzieć, jak
wiele menady mają wspólnego z nimfami, na pewno jednak - stojąc na pograniczu
świata rzeczywistości i uniwersum mitu - są im bliskie.
Z Grecji, ojczyzny baśni, przenieśmy się do Rzymu, który wiele swych historii
mitycznych zasięgnął od Hellenów. Z Demeter utożsamiano grecką Cererę,
powtarzając także niemal dosłownie mit o porwaniu jej córki (nazwanej
Prozerpiną) - jednak przyroda miała w Rzymie jeszcze jedną opiekunkę, bóstwo
wieloznaczne, bo mające wiele ról i wiele obliczy. Owidiusz utożsamia ją z
grecką nimfą Chloris, kochanką Zefira, opiekunką wszelkich kwiatów, zajmuje się
ona jednak także płodnością; Junona - której grecką odpowiedniczką jest
przecież Hera, opiekunka rodzących kobiet - zwraca się do Flory o pomoc, chcąc
urodzić dziecko bez pomocy swego boskiego małżonka, który bez
"pośrednictwa" Hery ani żadnej innej kobiety jest przecież ojcem
Minerwy. Flora daje Junonie kwiat o magicznych właściwościach i oto królowa
niebian rodzi Martiusa, boga - opiekuna i imiennika trzeciego miesiąca w roku.
Wedle Metamorfoz Flora pośredniczy także miłości Wertumnusa - boga opiekującego
się owocującymi drzewami i Pomony, nimfy odgrywającej identyczną rolę.
Bo i w Rzymie były nimfy, choć z reguły będące mniej charakterystycznymi
postaciami, zwykle patronki gajów lub - najczęściej - źródeł, jak chociażby
Furrina czy Egeria, postać może najbardziej barwna spośród rzymskich
odpowiedniczek najad: będąc bowiem żoną lub, jak podają inni, przyjaciółką
sławnego Numy Pompiliusza, służyła mu radą i pomocą w sprawach politycznych,
zaś po jego śmierci klasycznie rozpłynęła się we łzach, tworząc - jakżeby
inaczej - źródło ochrzczone potem jej imieniem. W Rzymie egzystowały także inne
"źródlane" bóstwa żeńskie - tajemnicze lymphae, o których mówiono, że
każdy, kto je ujrzał, natychmiast stawał się szaleńcem (łac. lymphatus).
Można chyba stwierdzić, że w każdej mitologii pojawiała się jakaś bogini
przyrody, kobiece uosobienie natury w całej jej krasie. Raz były to prastare
bóstwa chtoniczne, uosabiające ziemię przede wszystkim w jej płodnym aspekcie
(szerzej pisałam o tym w arcie Takie jak Aaricia) - Gaja, Prythiwi, Aramaiti, a
raz piękności, które mitologia wspomina jako bohaterki historii miłosnych.
Celtowie także mieli swoją Macierz Ziemię - była nią bogini Danu, od której
imienia nazwano mitycznych mieszkańców Irlandii, przodków elfów, Tuatha de
Danann - Ludem Danu. Była ona panią płodności i urodzaju, zsyłała ludziom
obfite plony i dbała o dostatek pożywienia w spichlerzach, przez co upodabnia
się do greckiej Demetry. Przypomnijmy sobie jednak, jak wpłynął na ziemię
smutek zbolałej matki, której odebrano Korę - susze, nieurodzaj i wszelkie
możliwe kataklizmy zalewały ziemię, dopóki Persefona ponownie nie spotkała się
z matką. Mit ten obrazuje ciemną stronę natury, mówi także o jej negatywnym
wpływie na człowieka. U brytońskiej Danu ten "ciemny" pierwiastek
widać jeszcze wyraźniej: Danu to nie tylko dobrotliwa szafarka, ale także
bogini podziemi, od zawsze związanych ze śmiercią - patronka nędzy,
wyniszczenia i głodu. Podobne kontrasty można spotkać chyba tylko w wierzeniach
indyjskich.
Trudno powiedzieć, by Celtowie znali podobny podział boginek przyrody jak Grecy
- nie było u nich jednolitego tłumu nimf. Ale i po Wyspach Brytyjskich
przechadzały się zwiewne duchy drzew czy rzeczułek... Najczęściej były to
postacie silnie związane z jednym tylko gatunkiem roślin lub ściśle określonym
rejonem, najczęściej niechętnie odnoszące się do śmiertelników i stanowiące dla
nich niebezpieczeństwo. Istniało na przykład potężne żeńskie bóstwo, opiekujące
się wyłącznie krzewami czarnego bzu i karzące surowo tych, którzy ośmielili się
krzew wyrwać, a ziemię po nim zaorać, lub choćby tylko zerwać owoce z gałązek
bez odpowiednich obrzędów modlitewnych. Była także brzozowa boginka o białych
dłoniach, polująca na przechadzających się po młodniaku młodzieńców, na których
sprowadzała śmierć lub szaleństwo.
W Indiach bardzo wielu wedyjskich bogów i bogiń powiązanych jest z przyrodą,
przy czym każde bóstwo opiekuje się innym jej aspektem - ogień, woda, ziemia,
niebo, różne gatunki roślin i zwierząt mają własnych przedstawicieli i
przedstawicielki, z których najbardziej chyba przypomina opiekunkę nimf
Aranjani, leśna bogini, patronka dzikich zwierząt i leśnych drzew. Nie trzeba
jednak szukać daleko, by odnaleźć w indyjskich wierzeniach kult bóstw związanych
z przyrodą - światem roślinnym, drzewami i krzewami, ale także wodą, opiekują
się jakszowie, męskie bóstwa, patronowie płodności. Jaksza, zawsze radosny
bożek o tłustym brzuchu, potrafi schować się wewnątrz rośliny lub nawet
przemienić się w nią - jest więc potężny, ale jego moc sięga nie dalej, niż
pada cień korony przypisanego mu drzewa; można tu dostrzec pewne podobieństwa
do związku, jaki łączył w Grecji drzewo z jego hamadriadą.
Mówimy tu o tych bożkach po to tylko, by wspomnieć o ich pięknych małżonkach,
zwanych jakszi: równie mocno powiązane ze światem roślinnym jak ich mężowie, są
również uosobieniami płodności. Wiecznie młode i piękne, przedstawiane jako
skąpo odziane, lecz przyozdobione mnóstwem klejnotów kobiety, odbierają modły
od małżeństw proszących o potomstwo. Jest ich - jak greckich nimf - niezliczona
ilość, ale niewiele ma własne, odrębne imiona i charakterystyczne dla siebie
cechy; należą do nich: Czandra (Księżycowa), Sudarśana (Piękna) i Aśwamukhi.
Jakszi przypominają wdziękiem inne indyjskie boginki - kobiety nagów, czyli
bożkowie opiekujący się wężami i uosabiający węże. Przyozdobieni wieloma
klejnotami, od pasa w dół mają ciała wężów - tak jak ich żony, naginie.
W naszych rodzimych, słowiańskich wierzeniach również pojawiają się istoty
podobne do nimf, zwane rusałkami lub rusawkami. Według podań są to duchy
przypominające piękne młode dziewczęta o bladej karnacji, ukazujące się czasem
z rozpuszczonymi włosami, nagie lub przyodziane w białe koszule czy też - dużo
rzadziej - bogate szaty; czasem dochodzą do tego rysopisu takie szczegóły, jak
zielone włosy. Były one niebezpieczne dla ludzi, szczególnie zaś dla młodych
mężczyzn, którym groziła z ich rąk nawet śmierć przez uduszenie lub utopienie,
choć zwykle tylko wtedy, gdy ulegając urokom rusałki oddalili się od siedzib
ludzkich. A więc słowiańskie boginki były przede wszystkim uwodzicielkami,
kolejnymi złymi duchami, których zadaniem było sprowadzić bezwolnego człowieka
na manowce, odebrać wolność, zdrowie lub życie... W przeciwieństwie jednak do
swych odpowiedniczek w innych mitologiach były one pochodzenia ludzkiego;
mówiąc ściślej: było ogromne prawdopodobieństwo, że rusałką zostanie po śmierci
kobieta-pijaczka lub taka, która zmarła przez utopienie, a nawet dziewczynka
zabita niechcący przez własną matkę. Jeśli zaś dziewczyna powiesiła się w lesie
na gałęzi, stawała się po śmierci rusałką związaną na zawsze z borem, w którym
poniosła śmierć.
Odrębną
kastę stanowiły rusałki związane tylko i wyłącznie z wodą - nazywano je
boginkami, wiłami lub mamunami. Zamieszkiwały dna jezior i rzek, strzegły
źródełek i - co ciekawe - były groźne przede wszystkim dla kobiet: od niemowląt
płci żeńskiej, pozostawionych przez nieuwagę nad bieżącą wodą do kobiet w
ciąży, na które mogły rzucić zły urok. Szczególną jednak nienawiścią darzyły
młode dziewczyny, panny na wydaniu, które z tego powodu strzegły się samotnych
wypraw nad wodę - bo mamuny i topielice tylko czekały, by wciągnąć je pod wodę.
Czasem czyhały na samotne matki, by skraść im dziecko, jeśli nie było jeszcze
ochrzczone. Nie do końca co prawda wiadomo, do jakich celów służyły im
niemowlęta; można przypuszczać, że dziewczynki same stawały się mamunami, ale
wiły porywały przecież także chłopców.
W mitologii słowiańskiej pojawiają się także inne nadprzyrodzone żeńskie
istoty, nierozerwalnie związane z przyrodą (trzeba jednak pamiętać, że w tych
stronach wszystko, co magiczne, miało z nią jakiś związek jako element pogański
- dlatego zła moc czarów osłabiana była przez bliskość siedzib ludzkich, kościołów,
kaplic, a nawet przedmiotów wykonanych ręką ludzką - szczególnie religijnych).
Z reguły nie są to jednak słodkie dziewczęta, ale złośliwe pomarszczone
staruszki - równie niebezpieczne, ale wzbudzające nieporównanie większy lęk.
Trzeba przy tym powiedzieć, że był to raczej pewien rodzaj demonów związanych z
polem, mający więcej wspólnego z greckimi kerami niż driadami. Nazywane
żytnicami - od swej najczęstszej kryjówki - lub południcami - od pory, w której
stanowiły dla pracujących w polu największe zagrożenie - poruszały się po
rżysku za pomocą kołka od pługa i zsyłały ból głowy na leniwych robotników,
którzy postanowili zdrzemnąć się na wiązce siana czy w łubinach, którym również
przypisywano związek z południcami.
Reasumując: można powiedzieć, że greckie boginki przyrody były z punktu
widzenia śmiertelników bardziej nadprzyrodzone niż te z innych wierzeń. O ile w
mitologii Hellady nie było nic niezwykłego w zawarciu związku miłosnego
człowieka z nimfą. W tablicach genealogicznych aż roi się od takich
"mieszanych" par - oczywiście, historie takich związków nie zawsze
kończą się dobrze, ale mniej więcej tak samo jest z małżeństwami pomiędzy
dwójką ludzi lub dwójką Olimpian. Nadprzyrodzone pochodzenie tych zwiewnych
boginek nie przeszkadza w Grecji ich stosunkom z ludźmi; innymi słowy: greckie
driady i najady są bliższe śmiertelnym niż ich odpowiedniki znane przez Celtów
i inne ludy spoza kręgu śródziemnomorskiego - być może dlatego są bardziej
znane. Mimo to, co ciekawe, ogólne wyobrażenie syreny - istoty bliskiej nimfom
i rusałkom funkcją i pozycją w literaturze i mitologii - całkowicie różni się
od greckiego. Te, które napotkał w swej wędrówce Odys, miały, jak pamiętamy,
kształt w połowie kobiecy, a w połowie ptasi, tymczasem syreny, które znamy dzisiaj,
nie mają skrzydeł, ale pokryte łuską rybie ogony. W mitologii japońskiej opis
ten uzupełniony jest o ciekawy i ładny szczegół: łzy syren zamieniają się w
drogocenne perły.
Nimfy, hamadriady, jakszi, naginie, boginki, wiły, rusałki - różnie nazywano te
zwiewne istoty w różnych wierzeniach, kulturach i epokach. Różnie też
wspominane są w późniejszej literaturze, bardziej i mniej baśniowej. Cień
słowiańskich rusałek jawi nam się u Mickiewicza, który opisuje, jak zdumionym
rybakom ukazało się w sieci nie straszydło wcale, / Żywa kobieta w niewodzie, /
Twarz miała jasną, usta jak korale, / Włos biały skąpany w wodzie. Skoro już
jesteśmy przy mickiewiczowskich Świteziankach i syrenach z Odysei, wspomnieć
należy o Andersenie i jego Małej syrence. Nieszczęśliwa miłość syreny do
księcia - śmiertelnika pokazana jest na tle morskiego świata, opisanego barwnie
i bardzo szczegółowo; chwilami szczegóły te są wręcz zabawne, jak wtedy, gdy
czytamy o podwodnych elegantkach noszących u ogonów ostrygi. Tak naprawdę jednak
świat syren nie jest wcale kolorową krainą radości - widzimy to dokładnie, gdy
babka tłumaczy głównej bohaterce, dlaczego powinna przestać myśleć o księciu:
syreny żyją przez trzysta lat, a potem umierają i bezpowrotnie zamieniają się w
pianę morską - tymczasem ludzie żyją krótko, ale ich dusza nigdy nie umiera.
Jeśli książę pokocha syrenkę, ona również zyska nieśmiertelność duszy, jeśli
jednak ją odtrąci - będzie musiała zmienić się w pianę natychmiast. W mniej
znanej baśni Andersena - Bzowej Babuleńce - czytamy:
Chłopczyk spojrzał w stronę imbryczka, pokrywka wznosiła się coraz wyżej i
wyżej i zaczęły spod niej wychodzić świeże i piękne kwiaty dzikiego bzu, a
potem na wszystkie strony wystrzeliły duże gałęzie; rosły coraz wyżej i wyżej i
przemieniły się w najpiękniejszy krzew; w drzewo po prostu, które rozrosło się
aż do łóżka i odsunęło firanki. Ach, jakież to były kwiaty! Jaki zapach! A na
drzewie siedziała stara, miła babunia w dziwacznej sukni, całej zielonej jak
listki bzu i przetykanej białymi kwiatami - nie można było wręcz odróżnić, czy
to była suknia, czy też listki i kwiaty. (...)
Potem wyjęła chłopczyka z łóżka, przycisnęła go mocno do swego łona i gałązki,
pełne pachnącego kwiecia, zamknęły się nad nimi; znajdowali się teraz w
najpiękniejszej altanie; i oto wznieśli się w powietrze, było niewypowiedzianie
pięknie. Bzowa Babuleńka przemieniła się nagle w małą, milutką dziewczynkę,
suknia jej była z tego samego materiału zielonego w białe kwiaty, u piersi
miała przypięty kwiat bzu, a naokoło złocistych kędziorów - wianek z kwiatów
bzu; oczy jej były takie duże i tak bardzo niebieskie, jakże cudownie było na
nią patrzeć; pocałowali się z chłopczykiem i oboje byli równi wiekiem i tak
samo radośni. (...)
- Tak, tak! - powiedziała dziewczynka w gąszczu drzewa. - Niektórzy nazywają
mnie Bzową Babuleńką, inni driadą, ale naprawdę nazywam się Wspomnieniem; to ja
siedzę na drzewie, które ciągle rośnie i rośnie, to ja wspominam i opowiadam
historię!
Krótki
przegląd pod tym kątem wierzeń różnych cywilizacji pozwala nam zrozumieć,
dlaczego ten element, który pojawia się równolegle w tak wielu tak
zróżnicowanych kulturach. Dziewczyna tańcząca po powierzchni wody, płacząca
perłami czy wyłaniająca się z pnia drzewa to przecież ucieleśnienie baśniowości
- a więc nieodłączny składnik literatury fantasy, która przecież właśnie z mitu
i legendy czerpie najwięcej.
Próżno szukać rusałek u Tolkiena - ale u niego cały świat jest jakby
nadprzyrodzony, tu nawet śmiertelników otacza jakiś magiczy nimb
nadprzyrodzonych mocy. Mowa o Śródziemiu, bo w Łazikantym pojawiają się już
syreny, z których jedna - najstarsza córka morskiego króla, jest żoną
złośliwego czarodzieja Artakserksesa, sprawcy wszystkich niedoli głównego
bohatera. Pani PAM-owa, jak nazywają ją inni mieszkańcy wód, ma duży wkład w
odczarowanie Łazika.
Jednak rówieśnik mistrza, C.S. Lewis, w swoich Opowieściach z Narni wspomina o
nich w wielu miejscach - przy czym są to driady czysto greckie, związane z
drzewami bardziej niż z czymkolwiek innym; nie dziwi to, gdy w orszaku
tańczącym wokół Aslana (Książę Kaspian) spotykamy także Bachusa, Sylena i
menady. Gdy Jill Pole (Srebrne krzesło) znalazła się w Narni, usługiwała jej
młoda dziewczyna, niewiele od niej wyższa, ale o wiele bardziej smukła i z
pewnością starsza, pełna wdzięku młodej wierzby. Prawdę mówiąc, jej włosy były
naprawdę bardzo wierzbowate i wydawało się, że jest w nich mech. Driady i
najady są także przy Aslanie, gdy rodzeństwo Pevensie widzi go pierwszy raz - a
boginki drzew (nie mam pewności, czy są driadami) budzą się pewnej nocy na
wezwanie Lucy. Drzewne nimfy Lewisa przypominają greckie hamadriady także pod
innym względem...
Z lasu wyszła postać tak wysoka, że jej głowa sięgała głowy centaura.
Przypominała kobietę, lecz miała w sobie również coś drzewiastego. Bardzo
trudno wyjaśnić to komuś, kto nigdy nie widział driady, ale nikt, kto widział
jedną z nich choć raz, nie mógł się pomylić; miała coś specjalnego w barwach, w
głosie, we włosach. Król Tirian, jednorożec i centaur od razu poznali nimfę buku.
- Sprawiedliwości, królu! - zawołała. - Stań w naszej obronie! Ratuj swój lud!
Wyrąbują nas w całym Latarnianym Pustkowiu. Już czterdzieści wielkich pni moich
braci i sióstr spoczywa na ziemi.
- Co mówisz, pani? Wyrąbują Latarniane Pustkowie? Mordują mówiące drzewa? -
zawołał król wielkim głosem, zrywając się na nogi i dobywając miecza. - Jak
śmią?! I kto się ośmielił? Na grzywę Aslana...
- A-a-a-a-a-a-ach! - ciało driady wzdrygnęło się raz, drugi, trzeci, czwarty,
jakby w nie godziły powtarzające się ciosy. A potem upadła, jakby jej ktoś
podciął obie nogi. Przez chwilę widzieli ją leżącą martwą na trawie, a potem
znikła. Zrozumieli, co się stało. Gdzieś wiele mil stąd, właśnie ścięto jej
drzewo
U Lewisa pojawia się także zagadkowy Morski Lud, napotkany przez załogę
Wędrowca do Świtu u progu krawędzi świata - stworzenia te, wyglądające mniej
więcej tak jak ludzie, mają pod powierzchnią morza własny świat, będący jakby
lustrzanym odbiciem naszego - drapieżne ryby pełną u nich rolę naszych sokołów
używanych do polowania, a płycizny są niebezpiecznymi górami, na które
wyprawiają się poszukiwacze przygód.
Sapkowski także umieścił driady w tyglu swego świata, ale - by użyć neologizmów
- odbaśniowił je i urealnił. Nie są to już zwiewne boginki stojące jedną nogą w
świecie bogów, ale twarde bojowniczki o wolność, feministki i patriotki
zarazem; są, co prawda, spokrewnione z elfami - ale u Asa i elfowie ze swymi
słabostkami i wadami dziwnie przypominają ludzi odbitych w krzywym zwierciadle.
Driady mieszkają w prastarym lesie Brokilon i zamierzają bronić go przed
najeźdźcami tak długo, jak długo pozostanie z nich choć jedna. Wiedzą, że jest
ich coraz mniej, więc - by przedłużyć swoje istnienie - porywają ludzkie
dziewczynki i wychowują je jako driady... Prawdziwa driada może zaś urodzić się
tylko wtedy, kiedy uda im się pojmać mężczyznę z zewnątrz. Braenn i jej
rodaczki uderzają beznamiętnością, obojętnością wobec wszystkiego, co nie
dotyczy ich samych - tylko Eithne, ich władczyni, zdaje się być świadoma, czego
chce od przyszłości. Driada Sapkowskiego jest więc mieszanką tej prawdziwej,
greckiej z Amazonką, ale ma też coś ze słowiańskiej wiły, czyhającej tylko, by
odebrać matce jej niemowlę (u Sapkowskiego egzystują także sylfidy, ale tylko w
opowiadaniach - nigdzie jednak żadna się nie pojawia).
A oto diametralnie różny od poprzedniego opis driady: Dziewczyna była zielona.
Cała. Rincewind wiedział, że nie może się mylić, ponieważ miała jedynie
medalion na szyi. Jej długie włosy przypominały nieco mech, oczy bez źrenic
jarzyły się jaskrawą zielenią. Rincewind zaczynał coraz bardziej żałować, że na
Uniwersytecie nie uważał podczas zajęć z antropologii. To, oczywiście - czego
nietrudno się domyślić już po imieniu bohatera, jedynego maga, który nie
potrafi czarować - Terry Pratchett, reprezentant fantasy czysto humorystycznej,
wyśmiewającej stereotypy i ukształtowane już przez innych poglądy, między
innymi na temat bestiariusza. Dlatego też istnieją u niego także
driadowie-mężczyźni, co Druelli - przedstawicielce driadziej rasy - wydaje się
zupełnie oczywiste. Bo inaczej, skąd brałyby się żołędzie?
Ale fantaści nie czerpią natchnienia wyłącznie z mitologii greckiej - w
czwartym tomie serii o Harrym Potterze maskotkami bułgarskiej drużyny
quidditcha są wile, czyli wiły, których taniec oczarowuje męską część
publiczności w magiczny sposób. Jedna z uczestniczek Turnieju Trójmagicznego,
jak można przypuszczać, Francuzka - Fleur Delacour - jest wnuczką wili (posiada
zresztą w różdżce jej włos), co tłumaczy jej niezwykłą urodę.
No i syreny - pojawiają się w Przygodach Piotrusia Pana J.M.Barriego jako
piękne, ale nieufne i niechętne ludziom stworzenia, które całymi godzinami mogą
zabawiać się graniem w piłkę, którą odbijają za pomocą ogonów. Wendy zawsze
chciała bliżej się z nimi zapoznać, ale one nie miały ochoty na zawarcie
znajomości; Piotruś zabrał kiedyś grzebień jednej z nich i podarował go Wendy.
U Sapkowskiego także mamy syreny - bliżej zapoznajemy się jednak tylko z jedną
z nich, Sh\'eenaz - bohaterką opowiadania Trochę poświęcenia, które po części
stanowi parodię andersenowskiej Małej syrenki; syrena, owszem, kocha księcia
Aglovala, ale nie zamierza bynajmniej poświęcić dla niego ogona - posiada
jednak eliksir, z pomocą którego jej wybranek może stać się trytonem. Ja też...
ja też go lubię i chcę mieć z nim narybek, ale jak, gdy on nie chce zostać
mleczakiem? Gdzie ja mu ikrę mam złożyć, co? Do czapki? - pyta retorycznie
Sh\'eenaz Geralta, który służy parze jako tłumacz (bo u Asa - co wydaje się
całkowicie zrozumiałe - syreny, jako przedstawicielki innej rasy, posługują się
także inną mową, śpiewnym dialektem będącym odmianą języka elfów).
Zupełnie inaczej wyglądają syreny u Ewy Białołęckiej - w Tkaczu Iluzji Kamyk o
mało nie ginie z ich rąk. Czaszka syreny była lekko spłaszczona. Domyślam się,
że dzięki temu stworzenie lepiej pokonywało opór wody przy pływaniu. Tym
również można było tłumaczyć maksymalne zwężenie ramion, krótką szyję i gładką,
śliską skórę, nieprzyjemną w dotyku. To morskie stworzenie nie miało na ciele
ani jednego włosa, prócz pojedynczego kosmyka na głowie. Twarz syreny
pozbawiona była brwi, oczy - rzęs, a także powiek. Tylko od dołu nachodziła na
źrenice cieniutka błona, jak trzecia powieka u gadów. Nozdrza były ukośnymi
szczelinami nad linią bezwargich ust. Uszy praktycznie nie istniały. Odkryłem
za to coś, co najbardziej przypominało wielowarstwowe skrzela. Zęby syren
wyglądają paskudnie. Są drobne, gęsto ustawione i trójkątne. Bardzo
przypominają piłę do cięcia drewna, albo pułapkę na drapieżniki. Z pewnością
syreny są w stanie wyrwać kawałek ciała za jednym ugryzieniem. Okropność.
Gdzieś na wysokości domniemanych bioder zaczynał się masywny ogon, pokryty
szarą skórą, a kończył płetwą kubek w kubek podobną do płetwy delfina. Syreny
są żyworodne - o tym świadczył pępek, ale nie mogłem dopatrzyć się sutków, ani
żadnych widocznych narządów płciowych - ten chłodny i dokładny opis sporządzony
przez wychowanka maga-medyka uzmysławia nam, że syreny z Lengorchii i okolic
nie miały nic wspólnego ze ślicznotkami w stylu Lorelei - to raczej, można
powiedzieć, krwiożercze drapieżniki, mięsożerne zwierzęta czyhające na każdego
niewprawnego pływaka, by wciągnąć go pod wodę.
Driady, rusałki, nimfy, boginki, syreny - stały się już nieodłącznym
składnikiem bestiariusza fantasy, lub raczej - spisu egzystujących w nim ras
rozumnych. Nic dziwnego - są uosobieniem tego wszystkiego, co kojarzy nam się z
nieuchwytnym światem baśni i czarów. Same przez się magiczne, zamieszkują lasy,
pola, łąki, rzeczułki, strumienie i dalekie, niedosiężne wyspy, służąc nam za
symbole tego, co niezrozumiałe i nadprzyrodzone - a jednak bliższe nam,
śmiertelnym, niż inne stworzenia z baśniowego uniwersum.
Na
podstawie artykułu czasopisma „Elixir”
Względne
mugolskie pojęcie
Woda, H2O, tlenek wodoru,
bezbarwna ciecz (w grubych warstwach niebieskozielona), pozbawiona zapachu
i smaku. Temperatura topnienia 0°C (może być przechłodzona do temperatury
-46°C), temperatura wrzenia 100°C, temperatura krytyczna 374°C, ciepło
topnienia (0°C) 6,01 kJ/mol, ciepło parowania (25°C) 44,01 kJ/mol, stała
ebuliometryczna 0,512 K⋅kg/mol,
stała kriometryczna 1,86 K⋅kg/mol,
gęstość 1g/cm3, lepkość (20°C) 1,0⋅10-3 Pa⋅s, napięcie powierzchniowe (20°C) 72,75 J/m2,
przewodnictwo właściwe (18°C) 4,2⋅10-8
Ω-1cm-1,
względna przenikalność elektryczna (20°C) 80,20, moment dipolowy 1,84 D,
współczynnik załamania światła (589,0 nm) 1,33.
Orbitale tlenu w cząsteczce wody ulegają hybrydyzacji
typu sp3. Kąt między wiązaniami H-O-H wynosi 104,5°, są one
spolaryzowane. Cząsteczki wody tworzą asocjaty (asocjacja). W nieznacznym
stopniu ulega ona autoprotolizie zgodnie z równaniem 2H2O = H3O+
+ OH-. Jony rozpuszczone w wodzie są hydratowane. Jej
cząsteczki mogą spełniać rolę ligandu w związkach kompleksowych. Łatwo
wchodzi w reakcje chemiczne z wieloma substancjami, np.
z metalami alkalicznymi, fluorem, niektórymi tlenkami metali
i niemetali.
Woda należy do najbardziej rozpowszechnionych związków
w przyrodzie, stanowi składnik organizmów żywych. W przemyśle
stosowana jest jako rozpuszczalnik, para grzejna lub medium chłodzące, surowiec
chemiczny, moderator w reaktorach jądrowych.
Woda znajdująca się na powierzchni Ziemi tworzy hydrosferę
i jest przedmiotem badań działu geografii zwanego hydrografią, przy czym
nauka ta zajmuje się także wodami podziemnymi. Woda na Ziemi występuje
w postaci stałej (lodowce, lądolody, pokrywa śnieżna), ciekłej (oceany,
rzeki, jeziora) i gazowej (para wodna). Ciągłe krążenie wody
w przyrodzie opisuje cykl hydrologiczny.Szacuje się, że wszystkie rodzaje
wód łącznie mają objętość 1360 mln km3, z czego 97% to wody
oceanów.
Funkcje wody w środowisku
geograficznym to m.in.: rzeźbotwórcza (akumulacja rzeczna i lodowcowa,
erozja rzeczna i lodowcowa), skałotwórcza (osady morskie z minionych
epok geologicznych), magazyn ciepła (para wodna w atmosferze),
rozpuszczalnik związków organicznych (woda w glebie), źródło pożywienia
dla człowieka (rybołówstwo), droga transportowa (żegluga), źródło energii
(hydroelektrownie).
Wody powierzchniowe klasyfikuje się wg: zasolenia, zawartości
składników mineralnych (np. wody oligotroficzne, eutroficzne), temperatury
(prądy morskie ciepłe i zimne, stratyfikacja termiczna jeziora),
możliwości przemieszczania się (wody płynące - rzeki, strumienie i stojące
- jeziora, bagna).
Wody podziemne klasyfikuje się wg: występowania
w warstwach skalnych (np. wody artezyjskie), mineralizacji, rodzaju
mineralizacji (solanka, wody siarczane, z rozpuszczonym siarczanem wapnia,
szczawy), temperatury (cieplice), dostępności dla roślin (woda glebowa),
głębokości zwierciadła wody podziemnej, pochodzenia (np. wody juwenilne,
kondensacyjne).
Morskie skarby
Muszla to zewnętrzny szkielet zwierzęcia o miękkim ciele
nazywanym mięczakiem. Wytwarzana jest przez nabłonek fałdu skóry zw. płaszczem.
Na ogół zbudowana jest ona z 3 warstw: zewnętrznej - konchiolinowej,
tworzącej również wieczko w muszlach ślimaków (pod względem chem. zbliżonej do
chityny), środkowej - wapiennej (tzw. porcelanowej lub pryzmatycznej) oraz
wewnętrznej, zw. macicą perłową. Budulcem dwóch ostatnich warstw jest głównie
węglan wapnia (CaCO3). Muszle rosną od krawędzi zewnętrznej. Właśnie
na rosnącej krawędzi zwierzę wytwarza guzki, łuski, kolce i żebra. Barwne wzory
na powierzchni muszli to odzwierciedlenie powtarzających się rytmicznie okresów
wzrostu i jego zahamowań.
Niemal wszystkie gatunki mięczaków należące do pięciu gromad: ślimaków,
małży, walconogów, chitonów i głowonogów tworzą okrycie z muszli. Większość
muszli wytwarzają przedstawiciele dwóch z nich: ślimaki i małże.
Ślimaki mają muszle jednoczęściowe, zwykle spiralnie skręcone, małże zaś
dwuczęściowe, zwykle połączone po jednej stronie zamkiem. Głowonogi mają muszle
wielokomorowe lub szczątkowe, a u chitonów muszle składają się z 8
płytek.
Bursztyn
Gładząc złote włosy swej żony Poppei Sabiny, Neron szeptał z
zachwytem „bursztynowe”. Poppea wiedziała, że Neron kocha ja nad życie i nie
odmówi jej niczego...
Słyszała od niewolnic pochodzących z dalekiej północy, że
przebywanie w otoczeniu bursztynu zapewnia młody wygląd. Namawiała więc Nerona,
by wysłał ludzi po ten „cudowny kamień”. Neron wahał się, bo taka wyprawa była
trudna i niebezpieczna. Złoża bursztynu znajdowąły się gdzieś na północy i
tylko nieliczni mieli odwagę zapuszczać się tak daleko. Czekały ich tam chłód i
spiekota, przeprawy przez leśne mokradła i starcia z barbarzyńskimi plemionami.
Nie bez powodu nazywano go złotem północy. Mała statuetka z
bursztynu kosztowała więcej niż zdrowy niewolnik. Neron potrzebował bursztynu –
na igrzyska. Chciał zadowolić lud, który nękany wysokimi podatkami z coraz
większą dezaprobatą patrzył na artystyczne upodobania cesarza.
Zlecił więc Julianusowi – organizatorowi igrzysk
gladiatorskich – przygotowanie ekspedycji. Wyprawa zakończyła się sukcesem. Do
Rzymu przywieziono niewyobrażalne ilości bursztynu. Jedna z brył ważyła ponoć 4
kg. Igrzyska, które urządził potem Neron były wspaniałe. Nawet siatka służąca
do powstrzymywania zwierząt i osłaniała
podium na każdym węzełku miała bursztyn.
Szczególne upodobania Nerona do „magicznego kamienia”
sprawiło, że za jego czasów
(37-68 r. n. e. )
zapanowała prawdziwa moda na bursztyn. Różnorodność luksusowych wyrobów z
bursztynu wykonywanych przez starożytnych rzemieślników zachwyca i dziś.
Bursztynowymi liśćmi Rzymianie obdarowywali się na Nowy Rok.
Lustra z bursztynowymi pokrywani, bursztynowe wisiorki w kształcie owoców, oraz
grzebienie i szpile do włosów to przedmioty, na które nie każda rzymska
elegantka mogła sobie pozwolić. Gladiatorzy nosili kawałki bursztynu z wyrytym
napisem „zwyciężę”, a zapach wonnych bursztynowych kadzideł unosił się podczas
obrzędów religijnych i uczt.
Urodę bursztynu odkryto jednak już znacznie wcześniej, przed
Neronem. W różnych kulturach i epokach
wykorzystywano go już od górnego paleolitu (40.000-8000 p.n.e.).
Pierwszymi bursztynowymi ozdobami były zapewne tzw. nadziaki,
czyli bryłki bursztynu z naturalnym otworem po gałązce lub igłach. Nanizane na
żyłkę ze ścięgna zwierzęcego zdobiły ręce i szyje piękności z epoki
kamienia. Mężczyźni również lubili
takie ozdoby. Z końca tego okresu pochodzą pierwsze bursztynowe posążki
zwierząt. Figurki niedźwiedzi, jeleni, koni, ptaków miały zapewniać ówczesnym
myśliwym pomyślność w łowach i ochronę przed złymi mocami.
Później, w neolicie (8000-2000 lat p.n.e.), epoce pierwszych
rolników bursztyn wykorzystywano częściej. W Danii pod fundamentami domów z
tego okresu odnaleziono naczynia pełne szlifowanych bursztynowych paciorków. To
prawdopodobnie tzw. ofiary zakładzinowe. Umieszczano je pod fundamentami nowych
domów – na szczęście. Pojawiły się wtedy też figurki w kształcie ludzkim
związane z kultem „bogini matki”.
Bursztyn z wybrzeży Bałtyku zaczął się rozprzestrzeniać na
dalsze obszary – znany był w kulturze Mezopotamii, Egiptu i Grecji.
Wabił i kusił również artystów epok późniejszych. Np. we
wczesnym średniowieczu w miastach pomorskich wyrabiano z niego amulety, kości
do gry. Po wprowadzeniu chrześcijaństwa
wykorzystywany był głównie do produkcji
krzyżyków i różańców. I tak było mniej więcej do XVI wieku. W XVII w. pojawiły
się bursztynowe kufry, szachy, a nawet kufle.
Coraz częściej możni zamawiali bursztynowe ołtarze i
krucyfiksy[1].
Dwa miasta zasłynęły wówczas z maestrii w wykonywaniu cacek ze złota północy –
Królewiec i Gdańsk. Z tego okresu pochodzi też Bursztynowa Komnata uważana za
ósmy cud świata, podarowana przez króla pruskiego Fryderyka Wilhelma I carowi
Piotrowi I. Ściany komnaty były wykładane płytkami różnokolorowego bursztynu
inkrustowanymi i ornamentowanymi. Zdobiły je tez płaskorzeźby, popiersia i
figury z bursztynu. Od II wojny światowej jej losy nie są znane.
Ludzie od wieków uważali bursztyn za kamień wyjątkowy,
magiczny. Tonie w wodzie słodkiej, ale w słonej, morskiej unosi się na
powierzchni. Nie dość, że lekki i ciepły w dotyku, to jeszcze lekko potarty
przyciąga liście, kawałki materiału, włosy. Tę właściwość bursztynu
zaobserwowali Grecy, którzy nazwali go elektronem, czyli kamieniem, który
przyciąga.
Rzymianie określali go mianem succinum od „sucus”, czyli sok,
nawiązując do roślinnego pochodzenia bursztynu. W języku litewskim „gintaras”
znaczy amulet. Słowo jantar występuje we wszystkich językach słowiańskich. W
językach germańskich Bernstein to „kamień, który się pali”. Stąd właśnie
polskie słowo – bursztyn. Bursztyn się pali, i to jeszcze jak. Zapach sączący
się z palonego bursztynu przypomina nieco aromat ambry - popularnego w średniowieczu pachnidła
wyrabianego przez Arabów z wydzieliny żołądka kaszalota (po arabsku anbar).
Stąd zapewne angielskie amber, czy francuskie ambre oznaczające bursztyn.
Wiadomo, że bursztyn jest żywicą drzewa. Nie wiadomo
natomiast – jakiego. Przez wieki próbowano rozwikłać zagadkę i na źródło
bursztynu typowano różne gatunki drzew, głównie sosny i cedru. Do dziś wśród
badaczy nie ma jednak zgodności. Wielu za macierzyste „bursztynowe” drzewo
uznaje Agathis z rodziny araukarii.
Niezależnie od tego, jak nazywało się źródło, aromatyczna
żywica wyciekała z drzew i powalonych pni i wpadała do leśnych mokradeł. Bryłki
żywicy płynęły strumieniami do rzek, by po jakimś czasie osiąść u ujścia
głównej rzeki. Przez miliony lat pobytu w ziemi i wodzie żywica zamieniła się w
bursztyn.
Do kapiącej z drzew, pachnącej i lepkiej żywicy wpadały
często małe stworzenia. Muszki, pająki, chrząszcze, motyle, termity oraz
mniejsze organizmy – bakterie. Większe owady albo były w stanie się oswobodzić,
albo stawały się smacznym kąskiem dla innych owadów lub ptaków. W stężałej
żywicy wiele z nich zachowało się do dziś w niezmienionej formie. W
bursztynowych bryłkach można znaleźć też włosy, sierść oraz pióra ptaków. Do
rzadkości należy jednak uwięziona z bursztynie jaszczurka, którą znaleziono w
1997 r. W Gdańsku. Ostatnio w badaniach nad ciałami zwierząt zatopionych w
bursztynie pomaga genetyka molekularna. Naukowcom udało się nawet wyizolować
kwas DNA z organizmów zwierząt zanurzonych w bursztynie libańskim i
dominikańskim.
Z 60 żywic kopalnych najbardziej znany i ceniony jest
bursztyn bałtycki – sukcynit. Większość badaczy uważa, że jego złoża występują
nie tylko w Polsce i na półwyspie Sambijskim w Rosji, ale także w Danii,
środkowych Niemczech i na Ukrainie. Wyróżnia się najwyższą zawartością kwasu
bursztynowego – od 3 do 8%. Inne żywice nie mają go wcale, albo bardzo
niewiele. Tylko niektóre z nich nadają się do obróbki.
Poza bursztynem bałtyckim najbardziej znany w handlu jest
bursztyn dominikański. Symetyt – bursztyn sycylijski, rumenit z Rumunii to
żywice, z których chętnie wykonywano ozdoby. Często stare bursztynowe rzeźby i
ozdoby były zrobione z birmitu – żywicy wydobywanej w Birmie, a obrabianej w
Chinach.
Zbieracze z epoki kamienia po przypływie lub sztormie ruszali
na brzeg morza i wśród wyrzuconej przez fale plątaniny traw, wodorostów i
kawałków drewna szukali lśniących w słońcu drobin. Do dziś to najprostszy
sposób zdobywania bursztynu. W Sambii mężczyźni zanurzeni do pasa w wodzie
wynurzali i wyciągali na brzeg trawy morskie i patyczki, które przepatrywały
ich kobiety i dzieci.
W XVIII i XIX w. W Polsce wydobywano bursztyn na Pomorzu,
Kurpiach, Kujawach i Mazurach. W
Klukowie koło Gdańska istniała w XVIII w. Kopalnia bursztynu. Bursztynodajne
złoże kryło się 20 metrów pod ziemią. Najbardziej szczodrze obdarowuje jednak
bursztynem samo morze. Jak podaje Anna Pęczalska, autorka „Złota Północy”, w
roku 1800 po silnym sztormie jednego dnia zebrano na pruskim wybrzeżu 150
beczek bursztynu.
O leczniczych właściwościach bursztynu pisał już Hipokrates
(460-377 p.n.e.). Medycy starożytni
zalecali go z winem, gdy ktoś chorował na żółtaczkę lub miał kłopoty z
pęcherzem. Matki wieszały na szyjach dzieci bryłki nieobrobionego bursztynu, by
chronić je przed chorobami. Leczono bursztynem dżumę i epilepsję.
Jeszcze niedawno na Kurpiach bursztynowymi pałeczkami
wyciągano zaprószenia z oka, a jantarową tabaką leczono katar. Dziś bursztyn
nadal jest stosowany w medycynie ludowej i homeopatii. Nalewka bursztynowa pomaga w chorobach
gardła. Olej bursztynowy działa antyseptycznie i dezynfekująco. Jest też
doskonałym środkiem na siniaki, ukąszenia owadów i trądzik. Łagodzi bóle
reumatyczne. W ogrodnictwie stosuje się go do odstraszania szkodników. Swój
renesans przeżywają kadzidełka bursztynowe. Palą się wolno, napełniając wonnym
aromatem wnętrza. O ich dobroczynnym działaniu
wiedzieli starożytni biesiadnicy. Neutralizują przykre zapachy, usuwają
napięcie nerwowe. Radiesteci nazywają
bursztyn kamieniem życia, bo ujemnie jonizuje powietrze, co jest korzystne dla
zdrowia.
Bursztyn wciąż pozostaje źródłem inspiracji dla artystów –
jako tworzywo rzeźbiarzy, jubilerów i projektantów mody, którzy ciągle odsłaniają jego nieznane strony. W dziedzinie biżuterii
bursztynowej producenci polscy opanowali 70% rynku światowego. Kilka lat temu
gdański artysta Mariusz Drapikowski, wykonał ponadpółmetrową monstrancję w
kształcie drzewa życia dla kościoła św. Brygidy w Gdańsku. Słoneczny kamień kojarzący się z latem, zapachem morza
i miłością wciąż budzi emocje i trudno zaprzeczyć, że ma w sobie jakieś
magiczne ciepło.